czwartek, 22 czerwca 2017

Trzy nieudane kiszonki

Porażki, podobnie jak sukcesy - nie mają końca. Jedne rzeczy wychodzą zaskakująco dobrze, inne - równie zaskakująco psują się. (Na marginesie - pamiętajmy, że w przyrodzie nie ma czegoś takiego jak „psucie” - są po prostu różne procesy. Gnicie lub pleśń to także życie - tyle że biorą w nim udział drobnoustroje, które niekoniecznie chcielibyśmy spożywać...)

Nie można panicznie bać się porażek - bez tego nie ma przecież doświadczenia, nauki, postępu. Oczywiście za każdym razem szkoda mi zmarnowanego jedzenia. Staram się zrozumieć, na czym polegał błąd, by nie popełnić go ponownie. Sól, woda, słoiki, metody - są przeważnie elementem stałym. Zmieniają się składniki, a także warunki zewnętrzne, np. temperatura.

Przy okazji przypominam o podstronie NIE KIŚ - mam nadzieję, że lista, którą na niej tworzę, będzie pomocna zwłaszcza dla osób rozpoczynających przygodę z kiszeniem.


A więc trzy nieudane kiszonki - aby nie przerażać osób początkujących zgrupowałam je w jeden zbiorczy wpis.

1. MŁODE LISTKI BURAKA

Tutaj wyglądają jeszcze bardzo niewinnie...
Właściwie to chyba są kiełki. W każdym razie w supermarkecie leżały koło szpinaków, rukoli, roszponki itp. Pomyślałam, że skoro można kisić botwinę, to czemu nie spróbować z tymi maleństwami? Niestety nie był to dobry pomysł.

Listki umyłam,  wrzuciłam do słoiczka, wsypałam sól, dodałam czosnek, zalałam wodą, wymieszałam i odstawiłam - tradycyjna procedura dla kiszonki zalewanej. Już na drugi dzień (było około 25°) w słoiku zaczęło buzować. Wypływający płyn nieco śmierdział, ale pomyślałam, że dam mikro-listkom szansę. Po kilku kolejnych dniach stwierdziłam, że muszę przenieść słoik do lodówki. Ta próba ratowania sytuacji nie powiodła się. Po kolejnych kilku dniach nastąpiła konfrontacja - po otwarciu słoika rozszedł się straszny smród, a zawartość szybko wylądowała w toalecie... Jednocześnie przypomniał mi się kiszony jarmuż z początków naszych doświadczeń kiszarniczych - odór bardzo podobny.


Na górze listki, na dole głównie ogonki liściowe.
2. BOTWINA

Czyli nać młodych buraków. Podejrzewam, że gdybym ograniczyła się tylko do ciemnoróżowych ogonków, kiszonka udałaby się bez problemu. Niestety, podobnie jak w kiszonce powyżej, zawiniły ciemnozielone liście. Po otwarciu słoika śmierdziało, choć mniej niż przy młodych listkach buraka (zauważcie, że proporcja różowego do zielonego jest tu inna niż u młodych listków - tam zdecydowanie dominuje zieleń!). Gdy, wyrzucając liście, dotarłam do głębszych pokładów słoika, zapach był lepszy i przypominał po prostu kwas buraczany - a tam na dnie były głównie ogonki. A więc - same ogonki liściowe prawdopodobnie ukiszą się świetnie, natomiast z liśćmi bądźcie ostrożni.

Moje nieudane szparagi.
3. SZPARAGI ZIELONE

O ile szparagi białe w końcu się udały (choć dopiero za drugim razem), to zielone niestety wyszły potwornie - pieniły się i śmierdziały. Co ciekawe, w tym samym czasie zielone szparagi nastawiła Ela, mama Sahiba i wyszły jej bardzo dobrze! Czym różniły się nasze kiszonki? Otóż w mojej znalazły się szparagi razem z główkami pędów. Ela dała tylko łodygi i z tego, co widzę na zdjęciu, porządnie je obrała. Myślę, że nawet jeśli moje szparagowe główki nie były ani trochę popsute na etapie nastawiania, to jednak jest to część roślinna bardzo ciemna i bardzo aromatyczna, a przez to trudna do kiszenia. Zapach po otwarciu słoika był jeszcze inny niż w dwóch powyższych kiszonkach - raczej zatęchły, nieprzyjemny.

Optymistyczny akcent na koniec - udane szparagi Eli, mamy Sahiba.
Ciemnozielone warzywa kolejny raz pokazały, że są bardzo trudnym tematem do kiszenia. Jeśli bardzo chcecie z nimi eksperymentować, to polecam na początek dodawać niewielkie ilości do innych, sprawdzonych warzyw (np. kapusta pekińska z małą domieszką pokrzywy). Na szczęście mamy też duży wybór warzyw w innych kolorach i tego się trzymajmy. ;)

8 komentarzy:

  1. Wrzuciłam wczoraj dwa pęczki botwinki z buraczkami do mojego standardowego barszczu kiszonego (zwykłych buraków miałam dość mało a śmignął mi gdzieś, kiedyś wpis o botwince kiszonej w kefirze, więc stwierdziłam, że tu też się pewnie nada...). Za późno trafiłam na ten blog.
    Pozostaje czekać. Chociaż szkoda by mi było wylewać 5l kiszonki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca rozumiem. Wrzuciłaś do już ukiszonego kwasu buraczanego? Jeśli proporcjonalnie zielonego jest mało, to może się uda... Daj znać proszę!

      Usuń
  2. Nie, nie. Skrót myślowy. Skroiłam buraki, dodatki (kurkumę, imbir, marchewkę)a miejsca pozostało sporo wolnego, więc uzupełniłam buraczkami z botwinką. Dopiero potem zalałam solanką. Drugi dzień się całość kisi i na razie wszystko przebiega ok. Mam nadzieję, że ten stan się utrzyma :) Mniej więcej 1/3 słoja zajmuje zielenina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi to nieźle. Mi się wydaje, że z tymi ciemnozielonymi listkami to kwestia proporcji. Jak zrobiłam kapustę "poprzetykaną" listkami pokrzywy, to nic złego się nie działo, a jestem pewna, że 100% pokrzywy wyewoluowałoby w bombę biologiczną. ;)

      Usuń
  3. Ja jestem na początku drogi fermentacyjnej. Dopiero nabieram odwagi. Szczytem ekstrawagancji było dla mnie jeszcze chwilę temu wrzucenie do buraków marchewki i rzodkiewki, w celu ukiszenia :) A Twój blog to skarbnica wiedzy dla takich dyletantów jak ja. Podziwiam zapał :)
    Mam nadzieję, że barszcz się nie zepsuje. Dam znać za parę dni na ile zielenina wpłynęła na jakość kiszonki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pozwól, że się z Tobą nie zgodzę w kwestii kiszenia botwinki. Znów polemizuję, przepraszam! Botwinkę - cały pęczek/pęczki - czyli buraczki, łodyżki i listki kisiłam już dwukrotnie w solance, a trzykrotnie w kefirze. I naprawdę - nie wolno mi narzekać na smak. Wyszło pysznie! Z kiełkami buraczków nie próbowałam. Ale botwinkę znów zamierzam nastawić, bo uważam, że warto.
    Może miałaś jakieś niefajne liście???? Nie wiem, przenawożone albo co? Bo nie mam pomysłu, skąd wziął się u Ciebie problem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za ten głos! Nie przepraszaj. Bardzo się cieszę z takiej polemiki - w końcu wszyscy zdobywamy doświadczenie, im nas więcej, tym ciekawiej.
      Co mogło nie wyjść? Może było za ciepło? Inna proporcja liści zielonych do łodyg/buraczków? Mogły być też przenawożone buraki - ale wydaje mi się, że to nie ten problem. Kiedyś miałam przenawożone ogórki - zapach był zupełnie inny (bardziej to szło w stronę drożdży), tutaj był ten sam smród, co z jarmużu...
      A może kisiłaś mega krótko? Może ja za długo potrzymałam?

      Usuń
    2. Nie kisiłam krótko. Próbowaliśmy po 10 dniach w słoiku (czyli kisiło się to między 6 a 16 czerwca - to była pierwsza próba), a resztki dojadałam jeszcze teraz, ze dwa dni temu. Czyli prawie po miesiącu. A proporcja liści do reszty - no wiesz, zwyczajna, zwykły pęczek botwinki z malutkimi buraczkami. To chyba jednak nie to.
      Zajrzyj do mnie, opisałam wczoraj to doświadczenie - może czegoś się dopatrzysz?

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz!