czwartek, 3 sierpnia 2017

Co tam kiszą w tej Szwecji?

Właściwie to nic. Kiszonkowa posucha. Przez trzy tygodnie bardzo zatęskniliśmy za kiszonkami. Wręcz fizycznie nam ich brakowało.

Niby mają kiszonego śledzia zwanego surströmming. Ale nigdy na niego nie trafiliśmy (może i lepiej, bo Sahib na pewno chciałby spróbować!). Kiszonek warzywnych brak, w każdym razie aktywnych tj. zawierających żywe bakterie.


Można kupić kiszoną kapustę - sprowadzaną z Holandii, hermetycznie zapakowaną. Kupiliśmy ją dwa razy jako dodatek do obiadu - dość kwaśna, dodatkowo konserwowana witaminą C (a może kwaskiem cytrynowym - niestety nie zapisałam sobie). Mocno rozdrobniona, miękka, bez przypraw. Z tego, co wyczytałam na opakowaniu, wynika, że była jednak pasteryzowana, opatrzona formułkami dotyczącymi bezpieczeństwa żywności. Czyżby w Szwecji bali się słowa „bakteria” podobnie jak Amerykanie?


Oprócz tego, już ze względów czysto smakowych, kupowałam od czasu do czasu żytnie pieczywo chrupkie na zakwasie - tym razem był to produkt sprowadzany z Finlandii. Cieniutkie, chrupkie i co najważniejsze - nie wilgotniało w warunkach biwakowych. Miało smak i aromat dobrego żytniego chleba.

W jednym z supermarketów znalazłam też polskie ogórki kiszone firmy Krakus - na półce typu „kuchnie świata” obok przysmaków z Bliskiego Wschodu i Meksyku. Ogórki Krakusa wypadały jednak dość drogo, poza tym nie chciało mi się wozić litrowego słoja rowerem, więc zrezygnowałam. Ponoć szwedzkie ogórki tego typu są bardzo mocno solone (salt gurka) i z naszymi mają niewiele wspólnego.

Na jednym z biwaków sfermentowaliśmy herbatkę z liści czarnej jagody - ale o tym napiszę osobno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny i komentarz!